Menu

kantoronline pl

06 04 2013 - Barania Góra

„Niegościnna góra”

I. Zgodnie z tradycją.

6 kwietnia 2013 roku ruszyła „wiosenna” wyprawa na Baranią Górę. Wyprawa klubowa, którą kierował, jak zwykle, niezastąpiony Tomek zgromadziła tym razem piętnastu uczestników. Do samego końca nie wiadomo było, jaki skład będą miały poszczególne zespoły i jakie będą ich role. Dodam też, że w ostatniej chwili z wyprawy zrezygnować musiały Ola, która była liderką zespołu kobiecego i Sylwia, jedna z faworytek do ataku szczytowego, obie zmogła choroba, która w warunkach górskich nie dawała szans na sukces.
Dzień rozpoczęty szybką zbiórką przed klubem i nerwowym spoglądaniem na zegarek. Wyjątkowo po raz pierwszy Ania i Bartek przyjechali nieznacznie spóźnieni, ale nic się z tego tytułu nie stało, bo grupa wyczekiwała jeszcze busa na horyzoncie. Jest! Pojawił się ostatni, więc bez zbędnych ceregieli szybki pakunek i w drogę. Po chwili, po drodze, dołączyła do nas ostatnia uczestniczka wyprawy i już w komplecie pędziliśmy do celu.
Transport zapewnił nam Pan Szczepan. Co tu dużo pisać, jest naszym jak do tej pory najlepszym kierowcą, szybko i bezpiecznie przewozi nas tam, gdzie tylko zechcemy, aby finalnie, po zakończeniu wyprawy i zejściu na dół czekać na nas w umówionym miejscu. Zawsze uśmiechnięty i pełen nowych dowcipów, które co krok serwuje.

 

II. W nadziei na szybkie wejście.

Około godziny jedenastej dotarliśmy do Kamesznicy. W losowo wybranym miejscu na rozładunek zaobserwowaliśmy starą „szerpankę”, która z werwą rozrzucała śnieg łopatą na dojściu do swojej chaty. Na widok tak licznej grupy, odzianej w kolorowe „puchatki” i wyposażonej w dziwaczny sprzęt, schowała się aby przeczekać ten jakże niespodziewany najazd obcych i jakże egzotycznych dla niej twarzy.
Po chwili przygotowań, organizacji łączności grupa wyruszyła w górę czarnym szlakiem. Jeszcze nie podzieleni na zespoły z ogromnym zapasem sił i chęci, pełni nadziei wszyscy parli równym krokiem na przód, co chwila zmieniając prowadzenie. Wciąż niewiadomą była trasa, jej stan, droga na szczyt. Nie wiedzieć czemu nikt nie zakładał czarnego scenariusza, który jak się okazało był bardzo blisko.
Początek był bardzo łatwy, choć oznaczenie szlaku mierne, pierwszy biwak i już można było zauważyć kształtowanie się zespołów, ich ról w tej wyprawie. Na biwaku pełna radość, dookoła nas góry, piękne widoki. Żarty, docinki, napoje energetyczne, pamiątkowe zdjęcia, „ciepły” posiłek. Sielanka nie trwała jednak długo i czas był ku temu najwyższy ruszać w górę. Ponieważ droga nie była nam znana w pewnym miejscu mieliśmy dylemat, którędy podążyć – jak się później okazało to był dopiero początek takich dylematów. W podjęciu decyzji pomógł nam napotkany, stary, ledwo mówiący „szerpa”, którego nie sposób było zrozumieć. Jednak jego sugestywne wskazówki i znany tylko jemu skrót pozwoliły nam powrócić, na właściwą trasę.
Znów szliśmy pewnie. Nie długo. Kiedy dotarliśmy do wyższych partii, już nie zamieszkanych, wiadomo było, że trzeba będzie torować drogę. Tutaj znów los się do nas uśmiechnął, ktoś przed nami idzie, jak daleko? Nie wiadomo. Ważne, że wspinaczkę mamy ułatwioną, idziemy po śladach. Jednak wysoki śnieg, mimo, że przetarty sprawia niektórym problemy i zaczyna się pierwsza selekcja. Już na początku tej trudnej drogi zorganizowaliśmy drugi biwak.

Czoło grupy dysponując sporą ilością czasu uwieczniło w „wiecznej” zmarzlinie ryciny przedstawiające jedną z uczestniczek wyprawy, Agnieszkę. Zabezpieczała wszystkich przed ewentualnym atakiem niedźwiedzicy, która gdzieś pomiędzy Baranią Górą a Skrzycznem już grasowała. Rycina nie przypominała polowania, ani też walki, a raczej stan po spotkaniu tych dwu bestii. Nie był to zachęcający widok ;).
Dalej grupa, losowo podzielona, wchodziła powoli do góry po śladach. Piękne widoki, okoliczności przyrody i wspaniała zima tej wiosny nie pozwalały pozostawić się bez komentarza  i zachwytu. Choć z informacji jakie do mnie dotarły, niektórzy już przeklinali nasz cel, naszą białą górę. Po dłuższej chwili trawersowania po śladach doganiamy „zagraniczną” wyprawę. Bardzo skromna osobowo, sztuk trzy, grupa żeńsko-męska dość zmęczona biwakowała na odsłoniętej polanie grubo pokrytej śniegiem. Postanowiliśmy również biwakować, tuż obok napotkanej wyprawy „rudzkiej”. Gdy już część grupy odpoczywała po posiłku dotarli nasi ostatni uczestnicy, wyraźnie zmęczeni łapali chwilę oddechu psiocząc pod nosem na trudne warunki przejścia. W tym miejscu, wiedząc, że przed nami nikt już nie idzie, nikt nie toruje trasy, oznakowania szlaku nie widać a mała grupa „rudzka” wyraźnie liczyła teraz na nasze siły, dotarła do nas świadomość, że nie ma szans na szybkie wejście i czeka nas wielka próba sił.


III. Zagubieni w cieniu góry.

Z biwaku trzeciego postanowiłem poprowadzić grupę torując drogę, nie wiem dlaczego i w którym momencie, po pokonaniu dość długiego odcinka okazało się, że wraz z kilkoma osobami i zespołem zagranicznym idziemy sami. A reszta grupy jest nie wiadomo gdzie. W czasie torowania otrzymałem komunikat radiowy o odnalezieniu przez kierownika oznakowań szlaku. Oznaczało to jedno, idziemy złą trasą. Długo nie mogąc dojść do porozumienia zastanawialiśmy się co robić? Wracać morderczym odcinkiem, czy szukać innej drogi aby gdzieś wyżej poszukać szlaku i grupy, która już w tym czasie szła dalej. Dawid nie czekając na decyzję postanowił wyjść wyżej, na skraj lasu, skąd miał nadzieję dostrzec szlak lub grupę, ale zamiast tego gdzieś nam zniknął z widoku i postanowiliśmy jego śladami wspiąć się do góry.
Nie trwało to długo, strome podejście, szybki krok i już mamy w zasięgu zgubę. Dawid rozpoznał sytuację i oznajmił, że nic nie znalazł. To źle. Kierownik wyprawy cały czas sugerował  nam przez radio aby wracać i podążyć za nimi, ale to byłoby marnotrawstwo sił i zapasów znacznie zmniejszające szanse na atak szczytowy. Zaraz za nami wspięła się grupa „rudzka” i wspólnie rozpoczęliśmy trawersowanie w domniemanym kierunku trasy szlaku, po czym kierownik poprosił mnie o sygnał dźwiękowy zwany gwizdem. Usłyszawszy odzew odłączyłem się od grupy wychodząc na pobliski „taras” śnieżny, z którego miałem lepszą widoczność na spowitą mgłą polanę. Nadałem komunikat radiem, gdzie stoję, co widzę, po czym ponowiłem sygnał. Bardzo szybko dojrzałem wspinającą się naszą grupę. Oj byli dużo niżej od nas. Mogliśmy spokojnie trawersem dotrzeć do szlaku i z powrotem dołączyć do naszej grupy.
Po tym całym zamieszaniu postanowiliśmy w miejscu spotkania zorganizować kolejny biwak, czekając jeszcze aż dotrze grupa „rudzka”. Teraz nasze połączone zespoły, łącznie liczyły   osiemnaście osób.


IV. Próba sił.


Ruszamy dalej, tym razem mobilizuje nas gościnny zespół „pokazując” nam jak się toruje drogę, jednak po niespełna kilkudziesięciu metrach odpuszczają i wprawnym manewrem puszczają nas przodem zasadzając się gdzieś w połowie stawki. Przemy na przód kawałek dalej odkrywając, że szlakiem jechały skutery śnieżne i nie trzeba torować. Szczęście to długo nie trwało, bo ślad skręcił gwałtownie a przed nami znowu pozostawał nieprzetarty szlak. Tym razem wyczuleni na błędne kierunki idziemy kilkuosobową grupą na czele co chwile rozpoznając teren w poszukiwaniu oznakowania szlaku. Nie jest to łatwe, bo drzew tu jak na lekarstwo, wystające konary nie stoją na naszej trasie, a to co widać to tylko pniaki, czubki choinek i od czasu do czasu znakujący pachołek, często przysypany po sam, swój, wierzchołek.
Zmieniamy się w torowaniu, nie jest łatwo, śnieg raz jest twardy a raz miękki, bardzo nieregularny w swojej strukturze, co powoduje liczne potknięcia i nagłe zapadnięcia w głęboką pokrywę. Zespół się wspiera. Już na tym etapie zaczyna się klarować kto ma najwięcej sił i chęci na zdobycie szczytu a komu przyjdzie to z niesłychaną trudnością. Nie wiemy jeszcze z jak trudną decyzją przyjdzie nam walczyć. Po przetarciu sporego odcinka znowu docieramy do miejsca gdzie jechał skuter, dość zmęczeni torowaniem postanawiamy piąty raz biwakować i czekać na resztę grupy. Nie wiadomo kiedy i gdzie minęliśmy Fajkówkę (743m n.p.m.) i czy w ogóle przez nią przechodziliśmy.

V. Samotnie we mgle.

Mimo dłuższej chwili, na postoju nas nie przybywa, dotarło kilka osób, ale jest nas o połowę za mało. Nie czułem w tej chwili zmęczenia, mimo wcześniejszego torowania, nie chciało mi się ani jeść, ani pić, postanowiłem ten moment wykorzystać na odszukanie oznakowania szlaku, ponieważ znowu nie było wiadome, w którą stronę się udać. Zgłosiłem kierownikowi wyprawy swój plan i udałem się na przód.
Gdy dotarłem, jeszcze po śladach skutera, do pierwszego oznaczenia szlaku od razu zgłosiłem ten fakt przez radio, byłem może sto metrów od grupy, ale ich ani nie widziałem, ani nie słyszałem. Nieprzetarta mgła i cisza dookoła dopełniała jakąś pustkę. Nie chciało mi się czekać, ruszyłem dalej, nie wiedząc jaka jest sytuacja w miejscu biwaku. Jak można było się spodziewać ślady skutera uciekły a trasa wiodła dalej przez gęste zwały śniegu. Tym razem sam, bez wsparcia parłem na przód, często ślepo szukając śladów szlaku.
Co chwile zgłaszałem się przez radio jaką mam sytuację i co robię dalej. Nie było ciekawie. To znaczy było, było pięknie, aura, przygoda i tak dalej, ale trafiały się momenty kompletnego zagubienia, gdzie jedyne co widziałem to moje ślady, po których za nic nie chciałem wracać. Przede mną była tylko mleczno-biała, nieprzebyta masa mgły idealnie zlana z białym, płaskim jak stół, śnieżnym podłożem. Parłem zatem na przód motywowany myślą o wejściu na szczyt i ułatwieniu drogi pozostałym. Pokrywa śnieżna mogła mieć nawet i półtorej metra, śnieg zapadał się pode mną czasem po pas, w nawianych zaspach widać było, że zalega go znacznie więcej. Ta biała pustynia poprzecinana zaspami i poprzebijana oblodzonymi suchymi konarami drzew sprawiała wrażenie świata z epoki lodowcowej. Na konarach jak flagi na maszcie tkwiły nierównomierne zmarzliny ułożone przez wiatr idealnie w jednym kierunku. Sprawiało to wrażenie jakby monstrualnej piły z poszczerbionymi zębami.
W tak pięknej, wręcz magicznej, scenerii przecierałem drogę w nieznanym mi kierunku, bardzo uważnie szukając znaków czarnego szlaku, w nadziei, że dobrze idę. Nie miałem pojęcia, jak daleko ode mnie są pozostali, nie dostałem informacji kiedy ruszyli, sam nie oglądałem się za siebie, walczyłem z żywiołem jakby mechanicznie stawiając krok za krokiem w głębokim śniegu. Około godziny czternastej dotarłem do końca czarnego szlaku, który jest na przed-szczycie, w masywie Baraniej Góry. O czym natychmiast poinformowałem Tomka, który nakazał czekać na pozostałych i ku mojemu zaskoczeniu poinformował mnie o swojej decyzji, że nie wchodzimy na szczyt!


VI. Atak szczytowy.

Byłem mocno zdezorientowany sytuacją, nie wiedziałem co się tam niżej stało, że aż tak trudna decyzja zapadła. Byłby to precedens w historii klubu pomyślałem. Czekając na grupę, zgłaszałem kierownikowi prośbę o pozwolenie na wyjście, w czasie usilnych, rozpaczliwych wręcz prób nawiązania łączności docierali do mnie kolejni członkowie wyprawy. Po chwili było nas już ośmioro. Wreszcie jest kontakt! Ponawiam prośbę, zgłaszam skład obecnych ze mną i chęć poprowadzenia ataku. I wreszcie z głębi eteru słyszę to, co chciałem usłyszeć, jest zgoda! Ja wraz z grupą pierwszą idziemy na szczyt, natomiast Tomek z pozostałymi po dotarciu do końca czarnego szlaku skierują się w dół do schroniska na Przysłopie. W tej chwili jakoś nie przyszło mi do głowy, że gdzieś tam jeszcze szła wyprawa „rudzka”. Miałem teraz inny cel przed sobą.
Świadomi bliskości celu z dużą lekkością udaliśmy się w kierunku szczytu. Droga nie stawiała już oporu, ślady skutera nam pomogły w tym kluczowym momencie. Nie liczyłem czasu tego ataku, nie trwał długo. O godzinie 14:30 zdobyliśmy szczyt Baraniej Góry (1220m n.p.m.)! Dotarliśmy do oblodzonej wieży obserwacyjnej i z jej wierzchołka nadałem komunikat o sukcesie. Honor klubu obroniliśmy w następującym składzie: Marzena, Agnieszka, Ewa, Alicja oraz Daniel O., Dawid, Daniel i Ja. Na szczycie oczywiście pełna radość, zdjęcia, filmy i gratulacje przez radio od kierownika wyprawy :). W momencie jak my świętowaliśmy wejście, reszta naszej wyprawy dotarła dopiero do końca czarnego szlaku.
Długo nie zabawiliśmy na szczycie, po sesji zdjęciowej zarządziłem zejście w kierunku schroniska. Jeszcze na szczycie, gdy już pakowaliśmy foto-kamery do plecaków pojawiła się grupa „rudzka”. Zadowoleni i uśmiechnięci kierowali się na wieżę. Wymieniliśmy się uśmiechami i „proporcami”. Nie przedłużając rozpoczęliśmy zejście.


VII. Niesieni sukcesem.

Dumni i szczęśliwi szliśmy bardzo szybkim tempem, trasa wiodła z powrotem  połączonymi szlakami czerwonym, zielonym i niebieskim. W drodze do schroniska minęliśmy podchodzących od jego strony solidnie wyposażonych „alpinistów” myląc ich z naszymi uczestnikami wyprawy i kolejną grupę zielonych turystów w dżinsowych wdziankach i półbutach. Początkowo szlak utwardzony był przez skuter. Później jednak znowu odbił głęboko w las, ale torować już nie trzeba było. Przecież przed nami grupa schodząca. Był oczywiście mały dylemat na rozstaju dróg, czy iść za skuterem czy za śladami, których za wiele nie było a oznaczenie szlaku było niejednoznaczne, ponieważ nie sugerowało skrętu. Po konsultacji radiowej okazało się, że część grupy skręciła w las, natomiast idący za nimi Tomek poszedł po śladach skutera przeoczając oznakowanie. Informacje od Piotra, będącego już niżej, utwierdziły nas w przekonaniu, że trzeba iść w las, co przekazałem Tomkowi. Musiał zawrócić.
Ta chwila przestoju nie zahamowała nas zbytnio, w zejściu minęliśmy mocno zmęczonych Piotra i Martę, która narzekała na „rozrzedzone” na tej „wysokości” powietrze i brak tlenu w płucach. Po dłuższej chwili wyprzedziliśmy jeszcze Anię i Bartka, spokojnie i powoli pokonujących ten trudny teren. Gdzieś po drodze, idąc tak bez namysłu mieliśmy chwilę zwątpienia czy dobrze idziemy, ale kolega Daniel, stwierdził, że idziemy prawidłowo. Mocno na przód po śladach poszła Marzena, która była daleko przed nami i dołączyła w schronisku do klubowych „Sikorek”, sióstr, których nie rozróżniam jeszcze, Uli i Joasi. W przeciągu następnych kilkudziesięciu minut wszyscy byliśmy już na miejscu. Chwilę po naszej grupie w schronisku pojawiła się grupa „rudzka”, oraz pozostałe grupy mijane w czasie zejścia.


VIII. W chłodzie peerelowskiego betonu.

Schronisko PTTK na Przysłopie pod Baranią Górą, jest jednym, z mojej oceny, z najgorszych, o ile nie najgorszym, jakie widziałem. Chłodna jednolita bryła, niczym nie nawiązująca do architektury góralskiej, zlana z betonu, metalu i szkła. Czas się tam zatrzymał dawno temu, w czasach komuny. Takiej obskury jeszcze nie widziałem w górach. Nie jest to nic przyjemnego na trasie zmęczonych turystów. W dodatku, zimno, wysokie ceny i bardzo mierne odgrzewane, szybkie dania – szkodliwe, jak się potem dowiedziałem, nie jedzcie tam - rujnują doszczętnie opinię o tym miejscu.
Nie zważając na przeciwności miejsca przystąpiliśmy do spożycia zasłużonego posiłku i dłuższej chwili na odpoczynek, bo przecież przed nami jeszcze dalsza droga w zejściu. Oczywiście nie obyło się bez akcentów uroczystych, nie można ominąć faktu, że tego dnia Daniel O. został trzecią w historii klubu osobą, która zdobyła ostatniego Świstaka, Alpejskiego i tym samym przystępuje do walki o kolejne wyższe odznaczenia KTG Perć, Borsuki. Daniel pokazał się z dobrej strony i bardzo miłym gestem oraz przemową podziękował wszystkim za motywację jaką mu dają. Ponieważ był to dwudziesty piąty wyjazd, postanowiliśmy z Tomkiem wyróżnić najbardziej aktywnych Perciowców nagrodami – nowymi klubowymi koszulkami. Otrzymały je osoby, które do tej pory zdobyły więcej niż dwieście punktów. Wśród szczęśliwców znaleźli się: Agnieszka, Marta, Ewa, Daniel O. i Bartek. W tym dniu do klubu przystąpili oficjalnie Ula, Joasia oraz Piotr, z czego bardzo się cieszymy.
W tej świątecznej atmosferze moglibyśmy trwać jeszcze długo, ale dociekliwość uczestników śmiało zerkających na mapę, w poszukiwaniu trasy powrotnej, uświadomiła nam, że przed nami długie zejście a czasu co raz mniej. Długo nie zastanawiając się kierownik zdecydował, że musimy natychmiast ruszać. Oczywiście nie dało się natychmiast, Marta właśnie odebrała michę zupy „pomidorowej” i z natychmiast zrobiło się pięć minut. Rozpoczęliśmy przygotowania do zejścia. Jeszcze tylko grupowe, pamiątkowe zdjęcie i w drogę.


IX. W zejściu zawsze jest najtrudniej.

Około godziny szesnastej z plusem wyruszyliśmy szlakiem Zielonym w kierunku Istebnej. Już na starcie w oczach niektórych widać było dramat tego co widzą. Znowu nieprzetarty szlak, uciekający w gęsto porośnięty las. Dawid nienękany wcześniej torowaniem ruszył do przodu, ja w ślad za nim. Kluczyliśmy między drzewami szukając szlaku, ale nie było już tak źle jak na wejściu. Znaki na drzewach były częściej a i widoczność znacznie lepsza. Po dłuższej chwili torowania znowu znaleźliśmy się na szlaku utwardzonym przez skuter. Można było iść swobodnie, choć często było na tyle miękko, że czubki butów śmiało zatapiały się w pierzynie, co bardziej męczyło niż torowanie.
Dawid na tym utwardzonym odcinku ruszył mocno do przodu. Po jakimś czasie usłyszałem jego bardzo głośny krzyk - UWAGA SKUTERY! W taki to sposób spotkaliśmy na drodze sprawców tutejszych śladów, które nie raz dawały nam odetchnąć od trudów wędrówki. Nie był to jeden skuter, nie liczyłem, ale było ich może około dziesięciu i nie były to skutery rekreacyjne, tak oceniam na oko, a raczej przystosowane do jazdy bardziej ekstremalnej. Mocno odchudzone ze zbędnych klamotów z siedziskiem dla jednej osoby. Przeszła mi przez chwilę taka myśl, jakby miło było, gdyby nas zwieźli :). Miałem tą świadomość, że byli i tacy, którzy na ich widok mogli nawet zmówić modlitwę w tej intencji.
Ślad skuterów, oczywiście nie prowadził do końca naszej trasy i znowu przyszło nam torować drogę. Dawid dalej szedł przodem, chwilkę ja, z nami szła już Marzena, a kawałeczek dalej Daniel. Szło się dobrze, nachylenie sprawiało, że śnieg nie stawiał już takiego oporu i można było się nie koncentrować na trafianiu w ślady poprzedzającego. Nawet nie zauważyłem kiedy dotarliśmy do pierwszych zabudowań i wiejskiej drogi, którą dalej prowadził szlak. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tempa jakim parliśmy na dół. Idąc dalej drogą, już bez wysiłku  równym marszem, Marzena, Dawid, Daniel i Ja napotkaliśmy miejscową „szrpankę”, wiek +/- 80 lat, która szła przed nami wspierając się kijami trekkingowymi i gdy tylko nas dostrzegła, skuliła się przyjmując bardziej opływową sylwetkę i przyspieszyła! Przyznam, że dogonienie jej chwilkę nam zajęło, jak się okazało po chwili, zaczepnej, rozmowy pędziła do kościoła :D. I dziwić się, że miała takie tempo.
Około godziny osiemnastej dotarliśmy do Istebnej Łączyny, gdzie podjechał pod remizę nasz bus, którego sprowadzili tam z Zaolzia Dawid i Marzena mocno wyrwawszy się do przodu w czasie gdy ja z Danielem omawialiśmy trudne tematy. Była nas już szóstka, bo dotarły na miejsce Alicja i Ewa. Przez radio nawoływał mnie Tomek, który był, widać, wyraźnie zaniepokojony sytuacją. Zgłosił się z miejsca skrzyżowania dróg, które nas wcześniej jakoś nie zainteresowało. Był około dwa, trzy kilometry od celu - busa, a to oznaczało, że jeszcze chwilę postoimy, bo za nim szli jeszcze pozostali. Tak w ciągu około pół godziny dotarli wszyscy, jedni szczęśliwi inni nie, ruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca zbiórki. Droga przebiegła wręcz niezauważenie, pogrążeni w dysputach nie liczyliśmy czasu, który gdzieś tam nam umknął niepostrzeżenie.


X. Na zakończenie.

Podsumowując, według mnie, był to jeden z najpiękniejszych i najlepszych wyjazdów perciowych. Wiem, że znajdzie się zapewne jakiś głos niezgody w tej teorii. Będzie to tylko głos amatorów ciepłych kluch, foteli i pilota :D. Dla mnie osobiście im trudniej tym lepiej, ambitniej. Mogę się zmierzyć ze swoimi słabościami i pokazać na ile mnie stać. A satysfakcja po pokonaniu wszelkich przeciwności jest bezcenna i buduje w człowieku świadomość własnej siły i wytrwałości. I proszę mi nie wciskać, że coś się zdezaktualizowało w mojej kwestii.
To był mój punkt widzenia tej wyprawy, mam nadzieję, że czytało Wam się dobrze. Serdecznie zapraszam na wyjazdy KTG Perć i pozdrawiam wszystkich uczestników wypraw.

 
{youtube}2zOzrPiRfA4{/youtube}

Pkt:

Marzena, Agnieszka, Ewa, Alicja, Daniel O., Dawid, Daniel, Michał:
Kamesznica >13> Wierch Wisełka >1> Barania Góra 1214 m n.p.m. >1> Wierch Wisełka >3> Schr. PTTK Przysłop >6> Istebna Łączyna
Suma 24

Pozostali:
Kamesznica >13> Wierch Wisełka >3> Schr. PTTK Przysłop >6> Istebna Łączyna
Suma 22



Zdjęcia spakowane do pobrania (tym razem z kilkoma bonusami): POBIERZ

  • barania_1_001
  • barania_1_002
  • barania_1_003
  • barania_1_004
  • barania_1_005
  • barania_1_006
  • barania_1_007
  • barania_1_008
  • barania_1_009
  • barania_1_010
  • barania_1_011
  • barania_2_001
  • barania_2_002
  • barania_2_003
  • barania_2_004
  • barania_2_005
  • barania_2_006
  • barania_2_007
  • barania_2_008
  • barania_2_009
  • barania_2_010
  • barania_2_011
  • barania_2_012
  • barania_2_013
  • barania_2_014
  • barania_2_015
  • barania_2_016
  • barania_2_017
  • barania_2_018
  • barania_2_019
  • barania_2_020
  • barania_2_021
  • barania_2_022
  • barania_2_023

Tekst: MG  Zdjęcia: Tomasz Kowal, MG Wideo&Montaż: MG

Miejski Klub "Maczki"

ul. Krakowska 26, 41-217 Sosnowiec
tel: 32 294 81 28
mail: biuro(małpa)klubmaczki.pl
NIP: 644 28 80 685

Godziny otwarcia:
12:00-20:00 - w roku szkolnym
10:00-18:00 - w ferie i wakacje
biuro czynne od 8:30

Biblioteka Miejska filia nr13 w Maczkach:

poniedziałek: 10.00 - 15.00 , wtorek, środa, piątek: 12.00 - 18.00
czwartek, sobota, niedziela: NIECZYNNE
tel: 32 292 38 89