Menu

kantoronline pl

26 01 2013 - Luboń Wielki

Nadeszła wiekopomna chwila – zgłosiłam się do napisania relacji z wyprawy. Jest to dość rzadkie zjawisko, ale jak widać spotykane. Skoro jednak osoba do tego wybrana w demokratycznych wyborach nie zdołała udźwignąć ciężaru zadania, to ja podejmuję się tego wyzwania. Najważniejsze, że nasza urocza wyprawa nie zostanie bez relacji, a Danielowi (Dziobakowi :P) kamień spadł z serca.
Wielką niewiadomą wyprawy jak zwykle była pogoda – szczerze się przyznam, że świadomość znacznego spadku temperatury skutecznie zbudziła moje zniechęcenie do wyruszenia na szlak (zrozumieć mnie mogą tylko Ci, w których zima nie wzbudza wielkiego entuzjazmu), ale nie skorzystałam z mrocznego planu członka naszej „sekty” – Aza, który to pod pretekstem, że niby zaspał (jaki żal), nie udał się na jedną z wcześniejszych wypraw. Bystrość umysłów reszty ekipy od razu jednak przejrzała ten, jak widać nie do końca sprytny, Azowy plan.
Hmmm ja tu gadu gadu, a miałam pisać relację z wyprawy, gdy tymczasem raczę wszystkich wynurzeniami na temat moich pogodowych dylematów. Cóż... najwyżej co mniej odporny czytelnik nie dotrwa do końca i nie będzie wiedział co zdarzyło się w piękny i nawet całkiem słoneczny, styczniowy dzień srogiej zimy.

 

Ponieważ świat schodzi na psy i nikt w dzisiejszych czasach nie podtrzymuje tradycji my postaraliśmy się żeby jednak tradycji stało się zadość! My, to znaczy: ja, Ewa, Aga, Daniel i Az (który tym razem nie zaspał) przyjechaliśmy delikatnie spóźnieni. O dziwo, winowajcą spóźnienia, ku zaskoczeniu grupy oczekującej, nie była Aga, ale Ewa. Tak to jest jak poważne zadanie skręcania termosu zostawia się na ostatnią chwilę. Pocieszającym dla nas faktem było to, że większym spóźnialskim od nas okazał się Tomek. W końcu wszyscy zajęli miejsca w busie i mogliśmy udać się do Jaworzna po resztę szalonych wędrowców.


Kiedy już zebraliśmy wszystkich uczestników nadszedł czas matematycznych podsumowań: radosnych Perciowców – sztuk 17 – jak na srogą, zimową aurę to chyba całkiem niezły wynik. Zanim dotarliśmy na miejsce musieliśmy oczywiście zaliczyć po drodze postój (wyprawa bez postoju to wyprawa stracona). Jedni jedli, drudzy pili, jeszcze inni pociskali pierdoły i znalazł się również ktoś, kto zapoczątkował „berka”, czym najbardziej zdegustowany okazał się Michał. „Nic to”, jak mówił Pan Michał Wołodyjowski, niewzruszeni zdegustowaniem kolegi wskoczyliśmy do busa i dalej w drogę. Tematy w busie podejmowane były różne – kwadratowe i podłużne (jak to na naszych wyjazdach bywa). Najważniejsze jest jednak to, że dowiedzieliśmy się, że Ola jest smutna, a Michał wesoły i występowanie tych dwóch faktów równocześnie jest bynajmniej nieprzypadkowe. Może na smutek Oli wpłynęła również niechęć Daniela do śpiewu, ale dokładnej przyczyny chyba już nie zdołam ustalić. Pozostają przypuszczenia. W Skomielnej Białej, jak to w Skomielnej, czekał na nas z niecierpliwością korek. Kiedy zdołaliśmy go w żółwim tempie pokonać, okazało się, że minęliśmy szlak niebieski, którym należało się kierować do schroniska i musimy zawrócić. Wreszcie się udało. Jesteśmy na miejscu więc wypad z busa i w szeregu marsz.

Szlak niebieski miał być lekki, łatwy i przyjemny, a okazało się, że jest lekki, przyjemny i... cholernie zaśnieżony. Czy to nie dziwne w zimie? Nie wszystkich to jednak zmartwiło. Dawid nadał takie tempo, że został po nim tylko siwy dym i swąd palonej gumy z podeszwy. Za nim dzielnie trzymał się Az z Danielem – podejrzani o potajemne picie trunków wszelakich. Za nimi reszta ekipy mniej lub bardziej rozciągnięta na szlaku. Na trasie zaliczyliśmy dwa postoje, z czego jeden można uznać za dłuższy popas. Obyło się jednak bez śpiewów, co oczywiście rozczarowało Olę. Udało nam się jednak nawiązać łączność radiową z  innym zespołem, a może to była jakaś obca cywilizacja...?? Kto wie! W dobrych nastrojach cała grupa dotarła w końcu do schroniska – choć odbywało się to jak zwykle na raty.

Z całą odpowiedzialnością mogę jednak zakomunikować: Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) zdobyty, a urocze, małe schronisko zostało przez nas na chwilę opanowane. Tym razem nikt nie został obdarowany świstakiem, o borsukach nie wspominając (wystarczy, że jeden Borsuk był podobno cały czas z nami, nazwany tak tylko dlatego, że miał „włochate” nauszniki). W schronisku stała się jednak rzecz straszna, o której muszę tutaj nadmienić. Podobno głosowanie dotyczące wyboru koloru perciowej koszulki jest delikatnie rzecz ujmując nie do końca uczciwe. Kierownik wyprawy – Sas – pokrętnie tłumaczył nam jak to wygrał kolor czarny, a według naszych skromnych obliczeń bezkonkurencyjny okazał się kolor zielony. Jedno jest pewne – wróżymy Sasowi świetlaną przyszłość w polityce (jeśli tylko będzie chciał). Dowiedzieliśmy się również, że ekipa z Jaworzna ma psa, który ponoć szybko i świetnie remontuje mieszkania – nie zdradzili tylko ile za to bierze.

Czas szybko płynie i trzeba było udać się w drogę powrotną.  Zdążyłam jeszcze na bliskie spotkanie z wielką zaspą śniegu, do czego by nie doszło bez zaangażowania i „pomocy” Michała – chyba nigdy się nie dowiem czemu zawdzięczam tą wątpliwą przyjemność. Szybka fotka przed schroniskiem i można spokojnie maszerować, ale że u nas nigdy nic nie jest normalnie tak i teraz nie obyło się bez atrakcji. Ku uciesze gawiedzi zaczęły się szalone zjazdy na „jabłuszkach”. Pierwszy zjechał Az i tyle go widzieli. Dość spektakularny okazał się ślizg Marty w towarzystwie Juniorka – wszyscy byliśmy z niego dumni, że wykazał się taką odwagą (trudno jest być odważnym, będąc tak małym zwierzątkiem). Agnieszka, nie zrażona brakiem specjalistycznego sprzętu, też dała czadu choć w nieco rozpaczliwym stylu. Po zjeździe Ani jednogłośnie zadecydowaliśmy, że w razie jakichkolwiek zawodów wystawiamy ją jako naszą reprezentantkę, gdyż jej ślizg okazał się profesjonalnie perfekcyjny. Największy jednak aplauz i entuzjazm wzbudził Bartez pomimo, że tym razem obyło się bez telemarku i lewa narta nie odjechała. Nasze oczekiwania nie zostały zawiedzione i uraczył nas radosnym akcentem w swoim zjeździe. Natomiast Daniel (nie mam tu na myśli Dziobaka, który się dzisiaj z nami spóźnił) przez całą drogę ze schroniska do busa – szlakiem niebieskim – próbował przebić wszystkie wyczyny naszych szalonych „jabłuszkarzy”, ale z mizernym skutkiem (choć niektóre upadki robiły wrażenie).
Z uwagi na to, że Gosa nie było dzisiaj z nami nie zastosowaliśmy jego skrótu w drodze powrotnej. Radośni i zmęczeni dotarliśmy w końcu do miejsca postoju busa – Rabka Zaryte. W busie większość towarzystwa zapadła w sen zimowy i ożywiła się dopiero w okolicach Jaworzna. Tam część ekipy opuściła pojazd, a reszta udała się w dalszą drogę. Maczki – ostatni przystanek i można wysypać się z auta.
Nie wiem jak reszta, ale ja czekam na następny wyjazd!


{youtube}xPNsh2APO_o{/youtube}

Pkt:
Skomielna Biała >11> Schr. PTTK Luboń Wielki >5> Rabka Zaryte
Suma 16

Zdjęcia spakowane do pobrania: (jeszcze nie są wszystkie, jak będzie komplet to dam link do FotoPacka)

  • DSC_0133
  • DSC_0139
  • DSC_0152
  • DSC_0171
  • DSC_0174
  • DSC_0177
  • DSC_0182
  • DSC_0184
  • DSC_0199
  • DSC_0211
  • DSC_0228
  • DSC_0233
  • DSC_0256
  • DSC_0317
  • DSC_0351
  • a_tomek_001
  • a_tomek_002
  • a_tomek_003
  • a_tomek_004
  • a_tomek_005
  • a_tomek_006
  • a_tomek_007
  • a_tomek_008
  • a_tomek_009
  • a_tomek_010
  • a_tomek_011
  • a_tomek_012
  • a_tomek_013
  • a_tomek_014
  • a_tomek_015
  • a_tomek_016
  • a_tomek_017
  • a_tomek_018
  • a_tomek_019
  • a_tomek_020
  • a_tomek_021
  • a_tomek_022
  • a_tomek_023
  • a_tomek_024
  • a_tomek_025
  • a_tomek_026
  • a_tomek_027
  • a_tomek_028
  • b_sylwia_001
  • b_sylwia_002
  • b_sylwia_003
  • b_sylwia_004
  • b_sylwia_005
  • b_sylwia_006
  • b_sylwia_007
  • b_sylwia_008
  • b_sylwia_009
  • b_sylwia_010
  • b_sylwia_011
  • b_sylwia_012
  • b_sylwia_013
  • b_sylwia_014
  • b_sylwia_015
  • b_sylwia_016
  • c_bartek_001
  • c_bartek_002
  • c_bartek_003
  • c_bartek_004
  • c_bartek_005
  • c_bartek_006
  • c_bartek_007
  • c_bartek_008
  • c_bartek_009
  • c_bartek_010
  • c_bartek_011
  • c_bartek_012
  • c_bartek_013
  • c_bartek_014
  • tn_P1260004
  • tn_P1260019

Tekst: Sylwia Kokoszka  Zdjęcia: Tomasz Kowal, MG, Sylwia Kokoszka, Bartek Boguszewski Wideo&Montaż: MG

Miejski Klub "Maczki"

ul. Krakowska 26, 41-217 Sosnowiec
tel: 32 294 81 28
mail: biuro(małpa)klubmaczki.pl
NIP: 644 28 80 685

Godziny otwarcia:
12:00-20:00 - w roku szkolnym
10:00-18:00 - w ferie i wakacje
biuro czynne od 8:30

Biblioteka Miejska filia nr13 w Maczkach:

poniedziałek: 10.00 - 15.00 , wtorek, środa, piątek: 12.00 - 18.00
czwartek, sobota, niedziela: NIECZYNNE
tel: 32 292 38 89