Menu

kantoronline pl

27-28 10 2012 Lipowska

Jak przetrwać w górach podczas niesprzyjających warunków pogodowych, gdy szlak wyraźnie się dłuży, widoki zasłania wszechogarniająca mgła i nadchodzi depresja? Na zmienną, jesienną pogodę trzeba mieć po prostu odpowiednio przygotowany sprzęt. Ale co zrobić, gdy dopada frustracja? Trzeba mieć sprawdzonych towarzyszy podróży. Ale po kolei...
Dwudniowy wyjazd zapowiadał się ekscytująco, mimo tego, że wredni meteorolodzy wieszczyli deszcz, śnieg i Bóg wie, co jeszcze. Co tam pogoda! Nas, doświadczonych górskich łazików, podniecało to, że mieliśmy jechać, uwaga – pociągiem! Niby nic, bo przecież ten środek transportu jest wszystkim dobrze znany, a jednak w głowach kłębiły się różne zagadnienia: czy połapiemy się w organizacji nowiutkiego dworca PKP w Katowicach, czy uda nam się siąść razem w jednym przedziale, jak będzie wyglądała konfrontacja z innymi pasażerami, i co najważniejsze – czy wszyscy zdążą zjawić się na peronie przed odjazdem??? Sas, ojciec-założyciel naszej grupy, starannie zaplanował podróż, zakupił bilety, pouczył w wiadomości mailowej co, gdzie i jak, lecz mimo to istniała poważna obawa o znaną z notorycznych spóźnień Agę. Jak słusznie zauważono, pociąg to nie pan Szczepan, nie zaczeka. Szczęśliwie Aga postanowiła nas zaskoczyć i na peronie zjawiła się przed czasem.

 

Niestety, nie uniknęliśmy wpadki... Na 10 minut przed planowaną godziną odjazdu, a była to 7:01, zatroskany Sas musiał wykonać ważny telefon. Brakowało Aza. Nerwowe rozglądanie się na boki zastąpiła ogólna wesołość, gdy wyszło na jaw, że miłośnik złocistych trunków z pianką zwyczajnie zaspał. Szybko awansował do kategorii „Mister Żal” (brawo, brawo!), a w trakcie podróży urodził się pomysł na przyznawanie Perciowcom specjalnych nagród, tudzież punktów lub odznak w nietypowych kategoriach (największe marudy, spóźnialscy, głodomory itp.), które zwane byłyby „karnymi Gebelsami”. Ponieważ jeden członek grupy wykruszył się, pojechaliśmy w 12-osobowym składzie. Oprócz starych wyjadaczy – Sasa, Michała, Daniłki, Łukasza, Sylwii, Agi, Barteza, Ani, Gosa, Agnieszki oraz mnie - w naszych szeregach pojawiła się nowa osoba, Marzena, która dzielnie reprezentowała Jaworzno. Ciężko stwierdzić, czy Aza jako pechową 13-stkę, dotknęła klątwa, czy może przeraziła go poranna deszczowa pogoda - a lało, oj, lało jak z cebra. Nie zastanawialiśmy się nad tym zbyt długo, bowiem czekała nas fascynująca, jak zakładaliśmy, przygoda. Podróż koleją tradycyjnie umilaliśmy sobie luźną rozmową, wspominkami, przepytywaniem na okoliczność nowej koleżanki (cud, że dźwignęła ciężar tych skomplikowanych pytań), rozważaniami piwnymi oraz zaczepianiem grupki harcerek pod wodzą młodziutkiej drużynowej. Michał i Sas usiłowali dowiedzieć się, jak można dołączyć do zuchów, lecz bezskutecznie. Drużynowa odpierała ich ataki do samego celu naszej podróży – Milówki. Harcerki jechały dalej.

Na peronie zamiast kwiatów, transparentów i orkiestry przywitał nas deszcz. A właściwie ulewa. Pod wiatą nastąpiła szybka reorganizacja sprzętu. Każdy osłaniał się od kropli tym, co miał na stanie. W ruch poszły pokrowce na plecaki, pelerynki oraz... parasole. Z nadzieją, że może pogoda się poprawi, ruszyliśmy zielonym szlakiem do schroniska na Hali Boraczej. Początkowo zwarta grupa tradycyjnie zaczęła się rozciągać. Żeby się nie pogubić, trzeba było uruchomić perciowy system komunikacji, czyli krótkofalówki. Technika się przydaje, ponieważ gdy dowódca Sas zarządził pierwszy dłuższy postój, Gos i Agnieszka postanowili się wyłamać i poszli dalej. Nikt nie oponował. W końcu Gos ma wtyki w niebie, 60. level wtajemniczenia i przeMOC. Sympatycznie wyglądający człowiek, a kryje w sobie takie sekrety, że strach się bać. Nawet Michał, znany z tego, że nie obawia się niczego i nikogo, czuje przed nim respekt (z angielska „rispekt”).

Po wesołym popasaniu, podczas którego Sas uparcie fotografował jedzących, niektórzy pochwalili się pisarskimi umiejętnościami, a inni zostali oskarżeni o mordowanie dżdżownicy, podjęliśmy się misji dogonienia przodującej dwójki. Nie muszę chyba pisać, dlaczego nam się to nie udało. Spotkaliśmy się dopiero w schronisku na Boraczej. Wymęczeni (bo szlak wiódł złośliwie pod górę, a kondycja dziwnym trafem uleciała), z lekka zmoknięci (bo deszcz...), zawiedzeni tym, że nie można było liczyć na ładne widoki (bo deszcz, wilgoć, a spod kaptura i parasola to nie to samo, co bez), oraz pragnący napić się czegoś ciepłego, a niektórzy procentowego (bo znaleziony po drodze „żubr” okazał się być pusty). Gdy podreperowaliśmy nadwątlone siły, nieco przeschliśmy, a chłopcy uradowali się ponownym spotkaniem z harcerkami z pociągu (tak, tak, dopadły nas), kierownik Sas zdecydował o wyruszeniu w dalszą trasę. Z głośnym westchnięciem „ech, jakoś to będzie” zebraliśmy się do wspólnej fotki.

Nie padało, lecz naszym oczom ukazała się mgła. A wraz z nią przyszedł... kryzys. Początkowo nic go nie zapowiadało. Maszerowaliśmy spokojnie czarnym, a potem żółtym szlakiem. Wprawiając wszystkich w zdziwienie, wuefistka Marzena nadawała szybsze tempo, więc pojawiła się dziwna myśl, że może droga jakoś tak sama się skróci. Niestety, znów zaczęło padać, do tego wiatr nie oszczędzał nie tylko koron drzew, ale i parasoli. Mgła osiadała na wszystkich i na wszystkim. Nie pomagało nawet wyobrażanie sobie, że widzimy w oddali fascynujący zestaw górskich szczytów z Gerlachem na czele. Gdy zazwyczaj nieustępliwa Sylwia jęknęła, że nogi już jej nie niosą, w szeregi grupy wdarł się niepokój. Mózg zaczął podpowiadać różne obrazy, a większość doszła już do granicy, poza którą przestaje się odczuwać zmęczenie i włącza się autopilot. Byleby tylko dojść do celu.
Gdy budynek schroniska na Hali Lipowskiej wyłonił się zza drzew, można było pomyśleć, że to fatamorgana, ale nie... byliśmy na miejscu! Wymiętoleni przez pogodę, lecz szczęśliwi opadliśmy na ławy w jadalni. Sas zajął się organizacją noclegu, a reszta przypomniała sobie o czymś takim, jak pora obiadowa. Wygłodniali rzuciliśmy się głównie na pierogi, wywołując zamieszanie przy składaniu zamówienia. Daniel ewidentnie nie słuchał drużynowej, która na Boraczej pouczała harcerki, mówiąc, że nie można kupować w schronisku zapiekanek, frytek, hamburgerów, tylko zupę, i zajadał zapiekankę. Ostatecznie nie jest harcerzem, a tym bardziej harcerką. Racząc się grzanym winem, grzanym piwem, piwem po prostu, kawą, czy innymi trunkami, wracał nam humor i chęci na niezobowiązujące rozmowy o urodzinach (mieliśmy zaskakującą kumulację Skorpionów), facebooku i „lajkach”, kierowcach (temat drażliwy wśród pań). Początkowa konsternacja związana z podzieleniem grupy na dwa pokoje szybko minęła – Gos i Agnieszka mieli pokój tylko dla siebie, reszta rozlokowała się w 10-osobowym apartamencie. Piętrowe łóżka były mało przekonujące, a ci którzy nie wpadli do środka pokoju jako pierwsi, musieli pogodzić się z tym, że „doły” zostały zajęte. Wypakowanie plecaków, pierwsze wycieczki pod prysznice, obkładanie kaloryfera wilgotnymi rzeczami, ścielenie łóżek, podczas to którego można było dowiedzieć się, że Sas nigdy nie wkładał przez dziurę – koca oczywiście, i byliśmy gotowi na wspólne wieczorne posiedzenie.

W jadalni naszym oczom ukazał się widok zastawianego suto stołu. Czyżby konkurencyjna impreza? Niestety, tak. Dodatkowo pojawienie się kapeli góralskiej zwiastowało nieprzespaną noc. Postanowiliśmy nie zrażać się, bo przecież schronisko jest ogólnodostępne, więc wyrzucić nas z sali nie mogli, i kontynuowaliśmy spotkanie. Okazało się, że są osoby, które zasłużyły na Świstaki. I tak, nieskromnie wspomnę, że były to dwa Świstaki Górskie, z czego jeden otrzymała Sylwia, a drugi... ja. Wzruszeniom i ukradkiem ocieranym łzom nie było końca (to już trzeci poziom, ale będzie lans na szlaku!!!). Nieśmiało wspomniano coś o odznaczeniu Gosa, który też osiągnął odpowiedni pułap punktów. Jego pełen pogardy stosunek do afiszowania się przynależnością do jakiejkolwiek grupy i znaczący wzrok skłonił nas do porzucenia pomysłu wręczenia mu plakietki, choć padła uwaga o potajemnym przyczepieniu jej, gdy Gos będzie spał. Próbowano nawet nakłonić do współpracy Agnieszkę, ale odmówiła. Z Gosem się nie zadziera i już.
Całe szczęście, że zdążyliśmy z ceremonią rozdania Świstaków, zanim góralska kapela o intrygującej nazwie Zdrowe Korzenie zaczęła przygrywać. W ramach poszerzania horyzontów posłuchaliśmy chwilę kilku utworów, pokusiliśmy się o pstryknięcie fotek, Daniłka nawet coś tam pośpiewał, po czym zawinęliśmy do pokoju. Nie oznaczało to jednak, że zamierzaliśmy iść spać, bowiem czekały na nas wiśnióweczka i grejpfrutówka (obie domowej roboty) oraz kolejna porcja pouczających rozmów, złośliwości i żarcików. Poczuliśmy się bezpiecznie, wiedząc, że jeśli Agę dopadnie w nocy głód, to sięgnie do swojego wielkiego plecaka po jedną z 20 bułek, a nie rzuci się na któregoś ze śpiących towarzyszy. Pocieszająca była też myśl, że w społeczeństwie nadal istnieje tradycyjny podział na role typowo kobiece i typowo męskie („nie dyskutuj, bo dam Ci szmatę i zaraz będziesz szorowała tutaj podłogę”). Uff, równowaga w przyrodzie jest zachowana. Daniłka, któremu od godziny nogi rwały się do tańca, ale sam nie miał odwagi zejść na dół i dołączyć do biesiadników i kapeli, usiłował wciągnąć kogoś w filozoficzne dywagacje, głównie Michała, ale próba zakończyła się tym, że na pytanie Sasa „kto z nas ma równo pod sufitem, ręka w górę”, z pełną świadomością zgłosiła się jedna osoba. Szybko jednak została sprowadzona na ziemię – ostatecznie wszyscy należymy do grupy specjalnej troski.

Flaszki nie pękły, ku rozczarowaniu Ociepków, bo jednak zmęczenie dawało o sobie znać i powoli ogarniała nas senność. Szczęśliwie Sas zdążył odpłynąć w objęcia Morfeusza, zanim z wentylacji doszły nas dźwięki słynnego biesiadnego przeboju „Hej, sokoły”, którego nie znosi. W mrokach nocy okazało się, że Daniel jest wrażliwym na uwagi człowiekiem, wkręcił sobie, że został niesłusznie oskarżony o nadużywanie brzydkich słów i nie potrafił zrozumieć, dlaczego użycie ich w pewnych okolicznościach jest uzasadnione, a w innych nie. Ot, niepojęty jest umysł kobiety, szczególnie tej, która to wymyśliła. ;)

Spanie zakłócił nam dwukrotnie dźwięk budzików (kto normalny wstaje o 5 rano po bułki do sklepu??? A, tak, my nie jesteśmy normalni...) i grzmotnięcia się głową o łóżko w wykonaniu Barteza, który rzucił się do uśmiercenia natrętnego odgłosu. Gdy nieco później wszyscy ostatecznie się przebudzili, okazało się, że niedzielny poranek przywitał nas... śniegiem! Byliśmy uradowani, że nie pada deszcz, i tylko Sylwia marudziła o butach, że przemokną, czy coś... Podczas śniadania okazało się, że zmieniamy trasę powrotu. Z powodu warunków pogodowych zrezygnowaliśmy z marszu na Rysiankę. Ustaliliśmy powrót na Halę Boraczą zielonym szlakiem, a stamtąd niebieskim do Węgierskiej Górki, na dworzec. Niespieszne pakowanie plecaków, wiązanie butów, zapinanie kurtek, dzika radość na widok pokrywającego drzewa białego puchu, jak zwykle zamieszanie podczas robienia wspólnej fotki (jedna z przechodzących obok pań zasugerowała, aby grupie specjalnej troski ograniczyć troskę, ale wątpię, aby to cokolwiek pomogło) i byliśmy gotowi do drogi. Maszerowaliśmy dziarsko i nawet pojawiająca się mgła nas nie przerażała. Marzena znów wysforowała się do przodu, zawstydzając chłopców. Konsekwentnie odmawiała jednak wzięcia krótkofalówki.
Przystanek na Boraczej umilaliśmy sobie resztką wiśnióweczki, dziękując niebiosom za to, że wczoraj jej nie wypiliśmy, ciepłymi posiłkami (Daniłka uparcie wrzucał w siebie niezdrowe żarcie, a Sas, niczym wzorowy harcerz, wcinał  zupkę, a konkretnie żurek, aż mu się uszy trzęsły) i konwersacją, podczas to której Sylwia objawiła grupie istotną prawdę – że godziny pracy urzędu to 7.30 do 15.30, ale urzędniczki pracują tylko od 11.00 do 11.15. Poza tym samotny, bliżej nieokreślony turysta uparcie usiłował nas zagadywać, ale wydawało się, że tylko Sas go słucha. Nie przedłużając więc jego starań, ruszyliśmy dalej. Oczywiście znów rozciągnęliśmy się po trasie, raz nawet padło podejrzenie, że Gos i Daniłka poszli złą odnogą szlaku, ale szczęśliwie wszyscy byliśmy na dobrym kursie. Konwersowaliśmy w grupkach, pstrykaliśmy fotki w przepięknych zimowych krajobrazach, realizowaliśmy projekt lokowania produktu w perciowym filmiku. Tak beztrosko mijał nam czas, aż do pierwszych zabudowań, co zwiastowało, że prawie osiągnęliśmy cel. Wystarczyło dojść do dworca. Okazało się jednak, że to nie taka prosta sprawa...

Gos zasugerował skorzystanie ze skrótu. Powątpiewającą grupę zapewnił, że wie, co mówi i że z niego korzystał. Ok., wodzu prowadź. Maszerowaliśmy wzdłuż torów, więc wydawało się, że idziemy dobrze. Skręt w lewo, w prawo, w lewo, a my jakby oddalamy się od celu. Budżetówka, w osobach Sylwii i Marzeny, zaczęła podejrzewać jakiś spisek. Michał postanowił uciszyć je odstrzałem humanitarnym z kijków, tylko dlaczego przy okazji dostało się Mediom, to ja nie wiem. Jednak podczas postoju przy sklepie tknięty przeczuciem sam namówił Sasa do sprawdzenia na mapie, gdzie my właściwie się znajdujemy. Z przerażeniem odkryliśmy, że nie tam, gdzie powinniśmy! Nadłożyliśmy drogi i to sporo, a jeszcze trzeba było wybrnąć z tego „magicznego” skrótu. I oczywiście zdążyć na pociąg. Michał, Sylwia i Marzena rzucili się w nerwach do przodu, reszta grupy podążyła za majaczącymi na horyzoncie postaciami. Szczęśliwie trafiliśmy na dworzec i dopiero wtedy Gosowi się oberwało (już nikt nie zważał na jego levele, czy znajomości). Marzena wzięła sobie do serca słowa Sylwii, że nie należy pytać o drogę faceta z brodą, a sam winowajca został nieoficjalnym mistrzem kartografii i zasugerowano mu stworzenie skrótu, który przebiegałby przez bagatela kilkadziesiąt miast, jeśli nie państw. Do perciowych powiedzonek dołączyło zaś pojęcie „skrót Gosa”.
Na peronie odstraszyliśmy podróżnych tańcami na rozgrzanie się, bo było dość chłodno. Rozumiem, że komuś mógł się nie spodobać monotonny rytm nadawany przez kierownika Sasa, ale żeby uciekać na widok „Makareny” i „Kaczuszek”? Dziwne to społeczeństwo.

W pociągu okazało się, że miejsc właściwie nie ma. Niektórym przyszło siedzieć znów z harcerzami (był to inny hufiec), a innym przypadło stanie w przejściu między wagonami. Tłum gęstniał z przystanku na przystanek. Dopiero w Tychach harcerze wysiedli, a na peronie czekali na nich stęsknieni rodzice oraz... policja, która eskortowała, przerażonych liczną grupą zuchów, kiboli. Po wyjściu hufca znów mogliśmy połączyć się w grupkę. Mimo zmęczenia i lekkiego otępienia wcześniejszym ograniczonym dostępem do świeżego powietrza, chłopcy zainteresowali się ponownie plecakiem Agi. Ku uciesze innych pasażerów zaczęły krążyć legendy o jego zawartości, która według Łukasza powiększyła się o trzy słoiki gołąbków, padały stwierdzenia, że lepiej Agę ubierać niż żywić, oraz że w firmie Aga rzuca się na świąteczne bony do Reala. Przy okazji dojazdu do Katowic, gdzie miał nastąpić kres naszej podróży, dowiedzieliśmy się również, że Sas lubi oszczędną jazdę samochodem, ponieważ poprosił Olę, aby przyjechała po niego „na luzie”. Zaskoczona Sylwia nie potrafiła pojąć tego, że auto może jechać bez zmiany biegów.

W Katowicach nastąpił moment rozstania. I tak mimo fatalnych warunków pogodowych i chwil zwątpienia udało nam się szczęśliwie zakończyć kolejny perciowy wyjazd. A wszystko to dzięki z trudem ogarniającemu grupę, ale jednak, Sasowi, Michałowi i jego przytomności umysłu, nadającej tempo marszowe sympatycznej Marzenie, wesołym braciom Ociepkom – nie przejmującemu się uwagami na temat własnej wagi Łukaszowi i filozofującemu Daniłce, pełnemu poświęcenia w mordowaniu budzików Bartezowi, wszechMOCNEMU Gosowi i jego wiedzy oraz niewiedzy na temat wszelkich skrótów, objawiającej stoicki spokój Ani, nie dającej się wciągnąć w żadne układy i układziki Agnieszce, zawsze dobrze zorganizowanej Sylwii, nie najedzonej, drobnej Adze i jej zapasom w plecaku. Bo w górach najważniejsi są twoi kompani.
A ja? Ja jestem aktorką z popularnego polskiego serialu, która odgrywa rolę pani redaktor, a tak właściwie... ja tu tylko sprzątam. Z nadzieją na kolejną perciową przygodę.

{youtube}pOjOEQcWwhc{/youtube}

Pkt:
Milówka >11> Schr. PTTK Hala Boracza >9> Schr. PTTK Hala Lipowska >6> Schr. PTTK Hala Boracza >10> Węgierska Górka >1> Dworzec PKP (skrótem Gosa)
Suma 37

Zdjęcia spakowane do pobrania: KLIK

  • 01_tomek_001
  • 01_tomek_002
  • 01_tomek_003
  • 01_tomek_004
  • 01_tomek_005
  • 01_tomek_006
  • 01_tomek_007
  • 01_tomek_008
  • 01_tomek_009
  • 01_tomek_010
  • 01_tomek_011
  • 01_tomek_012
  • 01_tomek_013
  • 01_tomek_014
  • 01_tomek_015
  • 01_tomek_016
  • 01_tomek_017
  • 01_tomek_018
  • 01_tomek_019
  • 01_tomek_020
  • 01_tomek_021
  • 01_tomek_022
  • 01_tomek_023
  • 01_tomek_024
  • 02_tomek_001
  • 02_tomek_002
  • 02_tomek_003
  • 02_tomek_004
  • 02_tomek_005
  • 02_tomek_006
  • 02_tomek_007
  • 02_tomek_008
  • 02_tomek_009
  • 02_tomek_010
  • 02_tomek_011
  • 02_tomek_012
  • 02_tomek_013
  • 02_tomek_014
  • 02_tomek_015
  • 02_tomek_016
  • 02_tomek_017
  • 02_tomek_018
  • 02_tomek_019
  • 02_tomek_020
  • 02_tomek_021
  • 02_tomek_022
  • 02_tomek_023
  • 02_tomek_024
  • 02_tomek_025
  • 02_tomek_026
  • 02_tomek_027
  • 02_tomek_028
  • 02_tomek_029
  • 02_tomek_030
  • 02_tomek_031
  • 02_tomek_032
  • bartez_01
  • bartez_02
  • bartez_03
  • bartez_04
  • bartez_05
  • bartez_06
  • bartez_07
  • bartez_08
  • bartez_09
  • bartez_10
  • bartez_11
  • bartez_12
  • michal_01
  • michal_02
  • michal_03
  • michal_04
  • michal_05
  • michal_06
  • michal_07
  • michal_08
  • michal_09
  • sylwia_01
  • sylwia_02
  • sylwia_03
  • sylwia_04
  • sylwia_05
  • sylwia_06
  • sylwia_07
  • sylwia_08
  • sylwia_09
  • sylwia_10
  • sylwia_11
  • sylwia_12
  • sylwia_13
  • sylwia_14
  • sylwia_15
  • sylwia_16

Tekst: Ewa Gbyl  Zdjęcia: Tomasz Kowal, MG, Sylwia Kokoszka, Bartek Boguszewski Wideo&Montaż: MG

 

Miejski Klub "Maczki"

ul. Krakowska 26, 41-217 Sosnowiec
tel: 32 294 81 28
mail: biuro(małpa)klubmaczki.pl
NIP: 644 28 80 685

Godziny otwarcia:
12:00-20:00 - w roku szkolnym
10:00-18:00 - w ferie i wakacje
biuro czynne od 8:30

Biblioteka Miejska filia nr13 w Maczkach:

poniedziałek: 10.00 - 15.00 , wtorek, środa, piątek: 12.00 - 18.00
czwartek, sobota, niedziela: NIECZYNNE
tel: 32 292 38 89